Szczęście - mnożyć czy zostawić w spokoju

Mam syna. Codziennie rano, gdy otwieram oczy, a on patrzy na mnie z ufnością i hojnie obdarowuje uśmiechami, zakochuję się w nim od nowa. Oksytocyna skacze pod niebo i wszystko nabiera sensu.
Potem przychodzi chwila melancholii i zadumy oraz świadomość, że wszystko to jest bańką mydlaną, która pęknie gdy tylko Syn zacznie żyć swoim życiem. 

Nigdy nie miałam określonej wizji kariery, zawsze chciałam być przede wszystkim mamą (choć nie zawsze miałam dość odwagi, by się do tego przyznawać). Nie wiem skąd wiedziałam, że to właściwy kierunek. Pozostaje mi mieć nadzieję, że spiszę się tak dobrze, jak się w tym czuję. A co zrobię, kiedy Bajbus się wyprowadzi, może zamieszka na innym kontynencie i nasze kontakty ograniczą się do dwóch spotkań tygodniowo - przez skype? A może będzie mieszkał tuż obok, ale zajęty pracą z trudem znajdzie czas, żeby wpaść do rodziców na niedzielny obiad? 

Ilekroć o tym myślę i przeraża mnie syndrom opuszczonego gniazda, zaczynam się zastanawiać, czy ten rodzaj osamotnienia nie jest wpisany w los rodziców jedynaków. I wtedy pojawia się myśl: może powinniśmy mieć jeszcze jedną sztukę?

Zdarza się, że czworo dzieci rozjeżdża się w cztery strony świata, a matce i ojcu pozostaje praca w ogrodzie lub opieka nad psem. Mając więcej niż jednego potomka można się jednak łudzić, że któreś dziecię zawsze będzie bliżej.

Jednak nie tylko z obawy przed pustym gniazdem myślę czasem o kolejnym dzieciaku. I nie wszystkie argumenty czuć na milę egoizmem. Chyba...

Zupełnie szczerze: ja po prostu lubię być mamą. Macierzyństwo nie jest dla mnie źródłem frustracji, wręcz przeciwnie. Mąż lubi być tatą i wychodzi mu to świetnie. Razem z Młodym stanowimy zgraną drużynę. Można spojrzeć na to dwojako. Albo nie ma sensu psuć czegoś, co już jest udane, albo...skoro idzie dobrze, może warto zaryzykować i zagrać o więcej?

Drugie dziecko nie byłoby wyłącznie lekarstwem na samotność i nudę, gdy starszak przestanie być rozkoszną przylepą. Nie stałoby się też "dzieckiem rezerwowym", trzymanym na wypadek, gdyby starszy brat się wykoleił. Nie miałoby określonej misji. 

Czy Bajbus chciałby rodzeństwo? Nie wiem. On pewnie też nie wie. Chwilami mam wrażenie, że sprowadzając na świat brata czy siostrę wyrządziłabym Pierworodnemu wielką krzywdę. Zabrałabym mu trochę czasu i uwagi, a może on zasługuje na całość?
Z drugiej strony mogłabym liczyć, że młodsze rodzeństwo nauczy starszaka empatii, wpłynie na wykształcenie cech takich jak opiekuńczość, lojalność, a zniweluje egoizm, egocentryzm, narcyzm, postawę roszczeniową. I znowu myślę o drugim dzieciaku jak o kosmicie, który przybędzie na naszą prywatną planetę z konkretnym zadaniem...

Tak naprawdę głównym powodem, dla którego w ogóle dopuszczam myśl o drugim maluchu jest fakt, że zawsze chciałam być mamą sporej gromadki bo po prostu podoba mi się sielankowa wizja dużej rodziny, z całym chaosem, hałasem i zbyt krótkimi dobami. Koronnym argumentem na "tak" jest prototyp - wyjątkowo udany.

Są dwie strony medalu. Dwoje (troje) dzieci to wszystko pomnożone przez dwa (trzy): radość i duma, lęk i rozczarowanie. Nigdy nie byłam mistrzem matematyki, ale czy to nie wychodzi na zero? 

Nie wiem czy będziemy mieli więcej dzieci. Nie wiem czy podejmiemy jakąkolwiek decyzję, czy zostawimy otwartą furtkę, według banalnej maksymy "niech się dzieje co chce". 
Jeśli jednak dokonamy świadomego wyboru, musimy wcześniej upewnić się, że chcemy po prostu dziecko, a nie wypełnienie pustki, kogoś, kto naprawi błędy starszego brata czy dla odmiany spełni nasze oczekiwania albo na kim naprawimy własne błędy wychowawcze. 

A co sprawia, że mam wielkie wątpliwości? Ciąża. Bardzo nie lubię być w ciąży. Nie znoszę tego stanu tak bardzo, jak uwielbiam codzienność z Mężem i Synem. Chwilami mam wrażenie, że nie zniosłabym tego po raz drugi, ale czasami, gdy patrzę na Bajbusa, myślę sobie, że nie ma takiej ceny, której nie chciałabym zapłacić za pomnożenie tego szczęścia przynajmniej przez dwa...




Komentarze