Czy dziecko knuje?

Po długotrwałym i złożonym procesie: zmianie pieluchy, karmieniu, tuleniu, bujaniu, oferowaniu smoczka, delikatnym odłożeniu bajbusa do łóżeczka lub na inne, pospiesznie utworzone legowisko, siadamy przy stole. Naiwnie liczymy, że tym razem uda nam się w spokoju wypić poranną kawę lub zjeść razem kolację. Jednak, nauczeni doświadczeniem, spoglądamy na Młodego podejrzliwie i dostrzegamy półuśmiech. Śni mu się coś miłego? A może...knuje? W chwili, gdy otwiera oczy i zaczyna kwilić (jest to zwykle doskonale zsynchronizowane z przełknięciem przez któreś z nas pierwszego kęsa) odpowiedź nasuwa się sama - knuł. 

Odłóżmy na bok emocje i pomyślmy czy kilkutygodniowe dziecko rzeczywiście jest w stanie knuć.
Otóż nie. 
Chociaż rodzicom cierpiącym na niedobór snu i świętego spokoju może wydawać się inaczej, niemowlę nie jest cyborgiem, który został zaprogramowany na zniszczenie nas lub przynajmniej utrudnienie nam życia. 

Tak mały człowiek potrafi komunikować się na dwa sposoby: płacząc i uśmiechając się. Świadome uśmiechy to nagroda, na którą trzeba kilka  dobrych tygodni poczekać, ale warto. Płacz i krzyk natomiast słyszymy praktycznie od samego początku. 
Dziecko płacze kiedy jest głodne, odczuwa jakikolwiek dyskomfort albo potrzebuje bliskości. Czasami też przyczyną jest zmęczenie - zbyt duża liczba bodźców i...potrzeba wyciszenia. Paradoks? Nie. Małe przekazują nam w ten nieprzyjemny sposób bardzo konkretny komunikat: zabierz mnie stąd, chcę odpocząć!

Moja Lepsza Połowa często bierze bajbusa na ręce i przemawia do niego spokojnie: "Nie masz powodu, żeby tak krzyczeć". 
Nie będę udawać, że jestem święta i nie przeżywam chwil frustracji, gdy syn krzyczy, a ja nie jestem w stanie odgadnąć powodu i uciszyć biedaka. Emocje emocjami, a rozum podpowiada, że facet, który nie skończył jeszcze miesiąca nie potrafi kalkulować i nie jest jeszcze roszczeniowy. Nie poznał psychologicznych trików, za mało wie o czymkolwiek i zbyt wiele kwestii pozostaje dla niego niejasnych, by mógł opanować techniki manipulacji. Dlatego pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość.

Jeżeli zapamiętamy, że dziecko nie jest naszym wrogiem, a złość i zniechęcenie zamienimy na współczucie - przetrwamy. Nie chodzi o to, by stać się rodzicem roku, ale by nam było łatwiej. W ten sposób nie przestaniemy dzieciaka lubić. Staniemy się bardziej otwarci, dzięki czemu być może też bardziej skuteczni w rozwiązywaniu dziecięcych problemów - innymi słowy w przywracaniu spokoju dziecku i sobie. 

Jednak warto zachować czujność. Niemowlęta z każdym tygodniem są mądrzejsze i coraz szybciej się uczą. Nadejdzie też moment kiedy dziecko zacznie walczyć o swoje, doskonale już wiedząc czego chce i jak to osiągnąć. Sztuka polega na tym, by zauważyć moment przełomowy i wiedzieć, że od tej pory dziecko już może być małym manipulantem. 
Pozostaje mieć nadzieję, że zaprzyjaźniona położna miała rację i przy odrobinie spostrzegawczości uda się tej cienkiej granicy nie przekroczyć.







Komentarze